„Bo tak się przyjęło” – co dzieje się z nazwiskami kobiet po ślubie?

W Polsce rozwiązania legislacyjne sprzyjają równouprawnieniu płci. Ale nie zawsze są one zbieżne z tradycją i przyzwyczajeniami. Problem zmiany nazwiska po ślubie wciąż powraca i nabiera nowych odcieni szarości.

W tym artykule skonfrontuję ze sobą różne głosy.

Zmiana nazwiska a zmiana obyczajów

obraczki slubne na kobiecych dloniachZgodnie z prawem, po ślubie można pozostać przy swoim dotychczasowym nazwisku, przyjąć nazwisko współmałżonka lub nazwisko dwuczłonowe. Te rozwiązania przewidziano zarówno dla kobiety, jak i dla mężczyzny. Także ewentualne potomstwo może przyjąć podwójne nazwisko (po jednym członie od obojga rodziców) lub nosić nazwisko matki albo ojca.

Wszystko uzależnione jest od indywidualnych decyzji przyszłych małżonków. I tu zaczyna się problem. Bowiem w Polsce mało która rodzina decyduje się na inne rozwiązanie niż „żona nosi nazwisko męża”. O co w tym chodzi? Jak zwykle w takich przypadkach – o tradycję. Czy istnieją jednak inne powody? Jak pogodzić różne oczekiwania małżonków? Swoją opowieścią dzieli się w moim artykule pięć kobiet[1].

Okazuje się, że dla współczesnych kobiet zmiana nazwiska po ślubie wciąż jest kwestią zarówno ważną, jak i drażliwą. Może to mieć wymiar równościowy i antyrównościowy, a wszystko zależy od przyjętych kryteriów. Dla Katarzyny i Marty „nowe” nazwisko jest zarówno symbolem, jak i  marką osobistą w świecie zawodowym. Agnieszka pod nazwiskiem panieńskim osiągnęła wiele sukcesów i przy nim pozostała, ale jej dzieci nazywają się inaczej – ze względów czysto pragmatycznych.  Z kolei Anita i Ewa nie wyobrażają sobie przejąć nazwiska po mężu, gdyż ta tradycja jest ich zdaniem patriarchalna.

Ewa Żełudziewicz

Ewa po wyjściu za mąż zachowała swoje nazwisko panieńskie. Nie wynikało to z jakichkolwiek konfliktów z mężem lub z rodziną. Zrobiła tak dlatego, że tradycja związana z przejmowaniem nazwisk nigdy jej nie przekonywała.

Ewa podchodzi do tematu w sposób – jak sama mówi – równościowy:  Dla mnie fakt, że poznałam jakiegoś mężczyznę, którego pokochałam i chcę z nim spędzić resztę życia nie oznacza, że muszę zmieniać nazwisko i nazywać się tak samo, jak ta osoba. Przejmowanie nazwiska to symboliczne potwierdzenie tego, że jedna osoba teoretycznie ma w ten sposób więcej praw w związku. Tą osobą zawsze jest mężczyzna.

Moja rozmówczyni zauważa, że społeczno-kulturowy model małżeńskiej miłości nie opiera się na danych osobowych: Zmiana nazwiska na nazwisko mojego męża nie daje mi żadnej gwarancji wiecznej miłości, szacunku, wsparcia, rodzinnego domu. To tylko tradycja, nieaktualna zwłaszcza współcześnie, gdy co drugie małżeństwo się rozpada. Wchodząc w małżeństwo nie stajemy się jednością, całością. Nigdy tak nie będzie.

nowozency siedza ramie w ramieW grę wchodzi także kwestia związana z równouprawnieniem i zawodową aktywnością kobiet: Dziś większość kobiet pracuje, odnosi sukcesy, próbuje przebić „szklany sufit”. Nie rozumiem dlaczego ja osobiście miałabym to robić pod nazwiskiem męża. Chcę spędzić życie z moim mężem, a nie z jego nazwiskiem i z jego historią rodzinną, którą w taki sposób bym „przejęła”. Ja mam swoją historię.

Czy w związku ze swoją decyzją Ewa borykała się z jakimiś trudnościami urzędowymi? Okazuje się, że niekoniecznie. Dodaje jedynie, że czasem potrzebne jest upoważnienie notarialne.

Ewa w rozmowie poruszyła także drażliwą kwestię związaną ze społecznym postrzeganiem mężatek: Często słyszę od innych osób: „O, ty chyba jeszcze nie wyszłaś za mąż, bo masz swoje stare nazwisko”. Wyszłam. Ale nie czuję potrzeby definiowania się przez małżeństwo. Dla mnie wyjście za mąż nie jest żadnym osobistym sukcesem. To płytkie podejście. Nigdy nie był to mój życiowy cel. Poznałam osobę, którą pokochałam i chciałam ślubu.  To po prostu duże ułatwienie formalno-prawne.

Ewa ustaliła wraz z mężem, że jej córki także będą nosić jej nazwisko: Jestem matką dwóch córek i nigdy nie chciałabym, by one czuły się lepiej tylko dlatego, że mają męża. Pragnęłabym, by czuły się lepiej, bo osiągnęły sukces w pracy, zdobyły jakąś nagrodę, skończyły studia lub po prostu zrobiły coś fajnego w życiu. Bo czują się szczęśliwe.

Czy spotkała się z nieadekwatnymi komentarzami w związku ze swoim wyborem?: Tak. Ale tylko w Polsce. Za granicą nikt nigdy mnie o to nie zapytał. Od Polaków słyszałam: „bo taka jest tradycja”, „bo tak się robi”, „bo to nie ma sensu”. A co to zmienia? Było też: „musisz nie lubić swojego męża”. Gdybym go nie lubiła, to nie zawarłabym z nim związku małżeńskiego.

Córka Ewy ma 9 lat i ostatnio wspomniała, że chciałaby mieć nazwisko dwuczłonowe – po tacie i po mamie. Obydwoje rodzice pozytywnie zareagowali na taką propozycję. Jeśli będzie chciała, złożą w sądzie odpowiedni wniosek.

Anita P.

Moja druga rozmówczyni brzmi na osobę zdecydowaną: Nigdy nie znajdowałam żadnego racjonalnego powodu, dla którego to ja miałabym po ślubie przejmować nazwisko męża. Poza tym pod swoim nazwiskiem miałam już osiągnięcia, publikacje. Początkowo więc ja miałam pozostać przy swoim nazwisku, mąż przy swoim. Ale nastąpiła zmiana. Niedługo po zaręczynach narzeczony Anity oznajmił, że chętnie przejmie jej nazwisko. Tak będzie ładniej ­ i wygodniej – mówił.

Narzeczony stwierdził, że i tak nie lubi swojego dotychczasowego nazwiska i wyrzeknięcie się go nie podważa jego „ego” – jak wiele osób próbowało mu wmówić.

Ona – odwrotnie. Anita ceniła swoje nazwisko, a dwuczłonowe nie wchodziło w grę (za dużo sylab). Poza tym chodziło również o kwestie związane z feminizmem: Obecnie mamy to szczęście, że kobiety są niezależne finansowo i emocjonalnie; wywalczyłyśmy sobie prawo własności i prawo głosu. Na co dzień w dość naturalny sposób staram się więc „odsiewać” te tradycje, które bezsensownie świadczą o tym, że jednak mamy do czynienia
z patriarchatem.
Bo przyjmowanie nazwiska po mężu ma wymiar stricte patriarchalny.

Sytuacja Anity i jej męża ma też głębszy wydźwięk. On od wielu lat był w konflikcie ze swoją rodziną. Zmiana nazwiska stanowiła dla niego symboliczne „odcięcie się” od przeszłości. Nie był to oczywiście jedyny powód, ale dość ważny.

Anita wspomina: Czy spotkaliśmy się z komentarzami tak zwanych „życzliwych” osób? Oczywiście. Mąż wiele razy słyszał, i to nawet od niemal obcych mu osób, że to się nie godzi, że to jest jakby pluł na grób własnego dziadka, że ja nim manipuluję i chcę go stłamsić. Tak, stłamsić. To jakby przejmowanie nazwiska męża przez kobietę czyniło go stłamszonym i zmanipulowanym, natomiast od kobiety oczekuje się tego automatycznie, nie widzą w tym tłamszenia lub im nie przeszkadza – czy to nie ciekawe?

Agnieszka B.

Powyższe historie wcale nie oznaczają, że sprawa przejęcia nazwiska zawsze jest „zerojedynkowa”. Przed podjęciem tej ważnej decyzji zarówno kobiety, jak i mężczyźni biorą pod uwagę wiele aspektów.

Opowiada o nich Agnieszka, która przez jakiś czas biła się z myślami: Kiedy rozważałam zawarcie związku z Julianem, pojawił się dylemat. Wcześniej uważałam, że nowa para powinna przyjmować nowe nazwisko jako nowa rodzina, a potem dzieci noszą właśnie to nazwisko, dopóki nie założą swojej rodziny. Podobało mi się to rozwiązanie głównie dlatego, że uważałam je za bardzo równościowe. Inne rozwiązania, na przykład z dwuczłonowymi nazwiskami dzieci, były w jakiś sposób niesprawiedliwe, bo nawet dzieci będą miały nazwisko obojga rodziców, nie da się już tak równościowo działać w przypadku kolejnych pokoleń. Wnuki musiałyby mieć po trzy lub cztery nazwiska, a to niemożliwe z prawnego punktu widzenia.

 Jej mąż miał już córki z poprzedniego małżeństwa i one nosiły jego nazwisko. Agnieszka uważała, że szalonym byłoby wymagać od niego zmiany: Przecież to normalne, że chciałby zachować nazwisko takie jak jego własne dzieci.

Agnieszka zdecydowała jednak, że zostanie przy swoim nazwisku panieńskim: Zdaję sobie sprawę z tego, że tak naprawdę nie jest to MOJE nazwisko, tylko nazwisko ojca.  Moja rozmówczyni opowiada również o często przytaczanym argumencie związanym z osiągnięciami pod dotychczasowym nazwiskiem: Weszłam w małżeństwo dość późno, więc w grę wchodził dotychczasowy dorobek pod nazwiskiem panieńskim. Kojarzyło mnie z nim już tyle osób… było po prostu moje.

Moja bohaterka nie żałuje swojej decyzji, ale jednocześnie zostawia sobie „otwartą furtkę”:  Nie wiem co zrobię, jeśli kiedykolwiek jeszcze stanę przed tym wyborem, ale cieszę się, że postąpiłam w kwestii Juliana w taki właśnie sposób. Jego już nie ma w moim życiu, a moje nazwisko nadal jest.

Katarzyna Dworaczyk

Gdy wychodziłam za mąż nawet nie rozważałam tego, żeby nie przyjąć nazwiska męża, bo wówczas nie miałam zbyt dobrego kontaktu z moimi rodzicami. Nie chciałam mieć rodzinnego
nazwiska.

Katarzyna Dworaczyk jest znana pod nazwiskiem, które przyjęła po ślubie. Nawet po rozstaniu nie zdecydowała się na powrót do nazwiska panieńskiego. Jeśli będzie wychodzić za mąż drugi raz, to być może zdecyduje się na nazwisko dwuczłonowe.

Zmiana nazwiska była dla Katarzyny pewnego rodzaju „odcięciem się” od tego, co dawniej. Obecnie jej motywacja do pozostawienia za sobą przeszłości nie istnieje, ale aktualne nazwisko (po mężu) pozostało ze względów praktycznych: Zostałam przy nim głównie ze względu na to, że zaczęłam być pod nim rozpoznawana na ścieżce zawodowej. Zaczęłam robić szkolenia, napisałam też książkę pod tym nazwiskiem. Na potrzeby pisania książki o swoim dzieciństwie wymyśliłam sobie pseudonim literacki. Potem jednak stwierdziłam, że nie czułabym się z tym dobrze i na okładce książki jest po prostu moje nazwisko.

Temat nazwisk jest jej bliski także od strony pisarskiej. Obecnie Katarzyna Dworaczyk pisze książkę herstoryczną, w której między innymi przedstawia postać aptekarki, która nadała sobie nazwisko dwuczłonowe. Nie byłoby w tym nic rewolucyjnego, gdyby nie fakt, że rzecz miała miejsce w konserwatywnym społeczeństwie roku 1900.

Dlaczego, zdaniem Kasi, kobiety w Polsce przyjmują nazwisko męża i dają je także swoim dzieciom?: Moim zdaniem to jest włożone w pakiet: ślub, biała sukienka, bajki o księżniczkach. A jednocześnie dla mnie to nie jest głupie. Jest to emanowanie pewną kobiecą energią i otwarcie, przyjęcie kogoś. Począwszy od energii seksualnej i przez każdy inny jej rodzaj, jest to coś, co wynika z pierwotności. To bycie kimś dla kogoś.

Podzielę się tu pewną przypowieścią buddyjską. Pewien mężczyzna przychodził do kobiety, a ona pytała: „kto tam?”. On zaś nieustannie odpowiadał: „ja”. Ale ona wpuściła go dopiero wtedy, gdy po usłyszeniu tego samego pytania on odpowiedział: „ty”. Oczywiście na to wszystko można też patrzeć pod innym kątem, postrzegając to jako zawłaszczanie kobiety przez mężczyznę. W sensie cielesnym i nie tylko. Ja się z tym podejściem nie zgadzam, a mam oczywiście partnerskie podejście do związków. To nie jest antyfeministyczne.

Marta Mazurek

Marta Mazurek rozwiodła się, ale nosi nazwisko byłego męża. Chociaż – nie do końca. Dla mojej rozmówczyni to jest po prostu JEJ nazwisko. Ale od czego to się zaczęło? Nowe, przyjęte po ślubie nazwisko podobało jej się ze względu na akronimy M.M.: Prawie jak Marylin Monroe – śmieje się. Przez dekadę trwania małżeństwa Marta zrobiła doktorat i w swoim środowisku stała się znana pod nazwiskiem Mazurek.

Jej powody do pozostania przy nazwisku męża miały więc wymiar estetyczny i praktyczny. Estetyczny, bo nazwisko się jej podobało i je lubiła. Praktyczny, bo pod tym nazwiskiem była już znana zawodowo i naukowo. Nazwisko Mazurek uznaje za SWOJE nazwisko – z własną historią i z własnymi sukcesami.

Czy rozwód zmienia cokolwiek w kwestii nazwiska? Dla Marty Mazurek jest to kwestia wolności wyboru: Po rozwodzie to od kobiety zależy, czy zostanie przy nazwisku byłego męża, czy nie, i wówczas nie ma on w tym względzie nic do powiedzenia. Bo ona po prostu funkcjonuje pod tym nazwiskiem. A tak naprawdę nazwiska panieńskie to przecież też nazwiska mężczyzn – ojców.

Według Marty Mazurek, zmiana nazwiska to coś znacznie więcej niż tylko dane w dowodzie osobistym. Chodzi o ciągłość historyczną i tożsamość. Jak twierdzi moja rozmówczyni: Gdy przyjrzymy się badaniom historii kobiet, to trudno jest odkryć, co się z nimi działo, bo one poniekąd znikają z historycznych źródeł po wejściu w związek małżeński.

Mówi się, że historia kobiet jest pourywana i fragmentaryczna – trwa do pewnego momentu i nagle kobieta-mężatka zyskuje nową tożsamość. Noblistka Irène Joliot-Curie jest przecież córką dwukrotnej noblistki Marii Skłodowskiej-Curie. Ale gdy spojrzymy na jej nazwisko, to ta informacja gdzieś się gubi.

Warto odwołać się do lektury książki pt. „Błony umysłu” polskiej filozofki Jolanty Brach-Czainy. Na okładce autorka podpisuje się jako „Jolanta, córka Ireny, wnuczka Bronisławy, prawnuczka Ludwiki”. Ona przez taki zabieg chciała utrzymać matrylinearność i podkreślić to, kim jest: córką kobiety, wnuczką kobiety… To próba zachowania linii kobiecej i kobiecego dziedzictwa. Kobiety mają w naszej kulturze tylko imiona.

Skąd, według Marty Mazurek, wynika potrzeba nadawania nazwiska męża potomstwu? Moja rozmówczyni tłumaczy to względami prawnymi: Gdy rodzi się dziecko, to zazwyczaj wiadomo kto jest matką, natomiast nadanie dziecku nazwiska mężczyzny  to symboliczne uznanie jego ojcostwa. Generalnie jednak sytuacja komplikuje się, gdy przychodzi do nadawania nazwisk potomstwu. Moja znajoma i jej mąż chcieli, aby przyszła córka mogła nosić nazwisko po matce, a syn po ojcu. Ale okazało się to niemożliwe ze względów prawnych – nie ma możliwości dokonania takiego zapisu w dokumentach deklaracji małżonków.

Trzeba znaleźć jakieś alternatywne rozwiązanie w tym względzie. Myślę, że to, co zrobiła Brach-Czaina było dość zgrabnym zabiegiem, choć nie zapominajmy, że to były wyłącznie imiona. Nazwiska są zawsze mężów i ojców.  

Nie zawsze czarno-białe

Kobiety są rożne i każda historia jest inna, każdej warto wysłuchać. To ważne, by nie oceniać indywidualnych wyborów życiowych i być otwartym na rozmowę. W świecie podkreślającym wagę tradycji warto odnaleźć przestrzeń dla samej siebie.

[1] Dwie z nich nie chciały ujawnić swojego nazwiska.