Mini-mediacje: jak być częścią rozwiązania a nie konfliktu?

Konflikt z dzieckiem może być bolesnym przeżyciem dla każdego rodzica, a kłótnie między rówieśnikami źródłem frustracji opiekunów i nauczycieli. Mini-mediacje to metoda konstruktywnego rozwiązywania konfliktów, która ma zastosowanie w domu, na placu zabaw, w szkole, a nawet w pracy.

Nasz sposób reagowania na odmienne zdanie kształtuje się od najmłodszych lat. Dzieci imitują zachowania dorosłych i przekładają je na własne relacje. Jednak wielu dorosłych też nikt nie nauczył w dzieciństwie, jak radzić sobie w konflikcie, by doprowadzić do pozytywnych rezultatów. Dla nich radzenie sobie z odmiennym zdaniem, złością i frustracją dzieci może być sporym wyzwaniem.

Tymczasem energia zjadana przez złość, bezsilność i frustrację może popłynąć w kierunku szukania sposobu, jak dostać to, co jest dla nas w danym momencie ważne i pokierować sytuacją tak, żeby podobały nam się konsekwencje.

Model mini-mediacyjny, wywodzący się z filozofii „Porozumienia bez przemocy”, ma na celu przekazanie dzieciom i młodzieży umiejętności konstruktywnego radzenia sobie w sytuacjach konfliktowych. Mini-mediacje sprawiają, że dzieci (i później dorośli):

  • zaczynają się czuć w sytuacji różnicy zdań czy konfliktu bezpiecznie
  • mają narzędzia, które zwiększają szansę na to, by zadbały o siebie i usłyszały innych
  • mają poczucie mocy sprawczej
  • potrafią doprowadzić do rozwiązań, które odpowiadają obu stronom.

Dlaczego warto korzystać z mini-mediacji?

W jaki sposób rozwiązywano konflikty w domach, w przedszkolu, szkole, na podwórku, na imieninach u babci? Co się działo na studiach, gdy pokłóciliście się z nauczycielem? Jak działacie w pracy, ze współpracownikami i z przełożonymi? Oto kilka typów rozmów, które mogą wydać się znajome:

W domu: Bijemy się i krzyczymy z moim starszym bratem, po jakimś czasie wpada tata i mówi: „Jeszcze raz usłyszę, że się drzecie i zabieram wam całe LEGO!

W przedszkolu / szkole: „Nie możecie się kłócić, to nie ładnie tak wyzywać, idź i przeproś koleżankę (szkoła); idź i przytul koleżankę (przedszkole). Trzeba się dzielić zabawkami!

U babci na imieninach: „Nie widzisz, że dorośli rozmawiają? Musisz nam taki wstyd robić? Zobacz jak Ewa z Zuzią ładnie siedzą, a Wy jak zawsze musicie się popisywać. Ostatni raz was zabieram.

W pracy: „Ostatni raz puszczam to płazem. Koniec rozmowy. Mam głęboką nadzieję, że to się już nigdy nie powtórzy.”

Większość dzieci wyrabia w sobie trzy możliwe reakcje na tego typu hierarchiczną komunikację, opartą na mocy autorytetu i strachu:

  • odcinają się od problemu fizycznie i mentalnie (dzieci są zależne i wybierają „bezpieczeństwo” relacji z dorosłym, rezygnując z dbania o własne potrzeby);
  • podejmują próby zadbania o siebie (o własną autonomię, szacunek do własnego sposobu myślenia i działania); jeśli próby te spotykają się z niechęcią ze strony innych, w efekcie towarzyszy im jeszcze większa frustracja oraz cichy bunt. Idąc dalej – brak poczucia ważności etc.
  • unikają ataku i konfrontacji za wszelką cenę, często własnym kosztem (i tym samym nie dbają o własne potrzeby).

Takim wyborom zwykle towarzyszą przekonania, że nikt nie ma zamiaru nas słuchać, że nikt nie rozumie naszych intencji, że jakiekolwiek odzywanie się może doprowadzić do nieprzyjemnych konsekwencji dla nas albo dla drugiej osoby, że zagrożone są nasze relacje z innymi. Mamy silne poczucie, że podlegamy jurysdykcji domowo-szkolno-firmowej, gdzie nie ma przestrzeni na nasze potrzeby.

Krzyczące na siebie, zaczepiające się dzieci, prawdopodobnie chcą być wysłuchane i zrozumiane. Czy osiągną to w ten sposób? Raczej nie. Znajdźmy alternatywę.

Na czym polegają mini-mediacje?

Model mini-mediacyjny można opisać na przykładzie następującej sytuacji:

Plac zabaw. Dzieciaki krzyczą / płaczą / przepychają się / wołają / … zazwyczaj jedno od razu przybiega i zaczyna mi opowiadać, co się dzieje:

„Bo on mnie uderzył”
„Ona mi wyrwała lalkę”
„On nie pozwala mi zjeżdżać”
„Ona się nie chce bawić”

Powtarzam to, co słyszę od dziecka. Powstrzymuję się od oceniania i interpretowania sytuacji i mówię:

„Aha, on Cię uderzył.”
„Ah, ona wyrwała Ci lalkę.”
„Chciałbyś zjechać, a on tam stoi tak?”
„Chciałabyś się z nią bawić?”

W miarę możliwości warto już na tym etapie próbować przeformułować powtórzenie na „pozytyw”, czyli pokazać dziecku, czego chce, a nie czego nie chce:

„Nie będę się w to bawiła!” – „Chciałabyś bawić się inaczej?”
„Ona się nie dzieli!” – „Chciałabyś, żeby ci to dała?”
„Nigdzie nie idę” – „Chciałabyś teraz tu zostać?”

Pytam dziecko, jakie proponuje rozwiązanie:

„Co możesz teraz zrobić, żeby dostać to, co chcesz?”,
„I jak to rozwiążesz?”
„To co chcesz teraz zrobić?”

Jeśli problem dotyczy interakcji z rówieśnikami, proponuję zainicjowanie rozmowy:

„Zawołamy ją/jego/ich?”
„Chcesz, byśmy do nich poszły/poszli?”
„Chcesz jej/jemu/im powiedzieć, czego potrzebujesz?”
„Chcesz, żeby wiedzieli, na czym ci zależy/jak byś chciała/chciał?”

Dowiadujemy się czego chce druga strona.

Gdy wszyscy zainteresowani są razem: „Słuchajcie, Ania/Paweł chcą Wam/ Tobie coś powiedzieć”. (Optymalnie jest, gdy dziecko samo mówi, czego by chciało. Przez pierwsze lata moja córka całkiem śmiała w domu i całkiem nieśmiała poza, mówiła „Ty mama”.) Mówię więc do drugiego dziecka „Cześć, jak masz na imię? Jagna do mnie przyszła, ponieważ chce zjeżdżać i mówi, że jak tu stoisz, to nie może przejść”. W odpowiedzi słyszę „Bo to jest teraz statek kosmiczny i tu się nie zjeżdża”.

Powtarzamy, co mówi drugie dziecko:

„Ach, to jest teraz statek kosmiczny i ty chcesz, żeby nie zjeżdżać, tak?”
„Tak”

Następnie powtarzamy potrzeby obu stron i pytamy dzieci jak rozwiązać konflikt:

„To jeśli Jagna chce zjeżdżać, a Ty chcesz się bawić w statek kosmiczny, to co można zrobić?”

Następnie słuchamy cierpliwie pomysłów, wtrącając się tylko, żeby powtarzać to, co mówią dzieci i kierować rozmowę w stronę rozwiązań:

„Czyli Ty chcesz, żeby teraz zjeżdżać tylko z małej zjeżdżalni?”, „A Ty nie chcesz, ty chcesz z dużej, to co innego jeszcze można wymyślić?”
„Aha, ona może zjeżdżać, ale jak nie będzie wchodziła schodami, tylko po zjeżdżalni.” „Jak to dla ciebie? Chcesz tak?”
„Super.”, „Tak.”

Podsumowujemy rozmowę stwierdzeniem wzmacniającym, podkreślając, że dzieci samodzielnie znalazły rozwiązanie, które podoba się obu stronom:

„Czyli znaleźliście takie rozwiązanie, że Ty masz statek, a Ty możesz zjeżdżać.”

Kiedy dzieci czują się wysłuchane, gdy czują, że ich chęci i potrzeby są rozumiane, stają się otwarte, by słyszeć potrzeby innych i „rzucać pomysłami”.

Co dają mini-mediacje?

Dzięki technice mini-mediacji dzieci:

  • przyzwyczajają się do szukania rozwiązań zamiast winnych
  • uczą się słyszeć nawzajem swoje potrzeby zamiast krzyczeć, by ich zdanie było „na wierzchu”
  • wypowiadają swoje pomysły i dzięki temu, że są one brane pod uwagę i realizowane, budują pewność siebie
  • stają się bardziej odpowiedzialne i chętniej przestrzegają zasad, które tworzą/ współtworzą
  • są odważniejsze w proponowaniu strategii
  • stają się bardziej chętne do wsłuchania się w potrzeby innych i bardziej otwarte na wielość rozwiązań.

Przy okazji opiekunowie, rodzice, pedagodzy mają więcej radosnego czasu – z dziećmi, dla siebie, dla innych.

Prowadząc warsztaty i wykłady często słyszałam od moich uczestników, że jedno to wiedzieć i rozumieć, co to jest empatia i otwarcie dialogu na znalezienie rozwiązania, a drugie to z lekkością i naturalnością prowadzić takie dialogi. Dlatego schemat, który proponuję jest już na przykładzie. Więcej rozmów mediacyjnych z dzieckiem i z dziećmi znajdziecie na www.grl.zone/mediacje.

Podzielę się teraz kilkoma metodami, które pomagają mi, gdy wprowadzam mini-mediacje do relacji z moim dzieckiem:

Strategie pomocne w mini-mediacjach

#1 Sprawdzam co i dlaczego mówię, jaka jest moja intencja

Jeśli nie chcę chlapania na podłogę, to dlatego, że nie chce mi się potem sprzątać, a nie dlatego, że „tak się nie robi”, „zalejemy sąsiada”. Dzieci są genialnymi „wykrywaczami ściemy” i wiedzą, kiedy im sprzedajemy bujdy. Nie chcę, żeby moje czy jakiekolwiek inne dziecko myślało, że można mu wciskać bujdy.

Podsumowując, mówię, co naprawdę myślę. Zanim coś powiem, pytam siebie, dlaczego chcę albo nie chcę by moja córka coś zrobiła albo przestała. Gdy pyta mnie czy ładnie coś pokolorowała, mówię, że lubię jak maluje od siebie i nie podobają mi się kolorowanki. I bynajmniej nie prowadzi to do tego, że ona przestaje kolorować, czy dzielić się tym, co zrobiła. Pokazuje mi nadal swoje kolorowanki, mówiąc: „A Ty lubisz, jak ja sama rysuję, prawda?”, „Tak” odpowiadam.

#2 Stawiam na samodzielność

Bardzo dużo energii i „zaciągania ręcznego hamulca” kosztowało mnie, żeby powstrzymywać się od pomagania córce, robienia rzeczy za nią i mówienia, co teraz „trzeba, warto, można, dobrze by” zrobić; proponowania rozwiązania czy nawet kilku rozwiązań do wyboru. Pracuję nad tym, żeby pozbyć się poczucia, że ja wiem lepiej, co, kiedy i w jaki sposób warto robić.

Kiedy córka miała 1,5 roku starałam się nie pomagać jej wkładać korali do plastikowej siatki; mówić, że piasek musi być mokry, żeby zrobić babkę; że można przysunąć krzesełko i wtedy sięgnie do klamki. Kiedy miała 4 lata i przychodziła powiedzieć, że chłopiec stoi na zjeżdżalni i nie pozwala zjeżdżać, starałam się nie brać jej za rękę, żeby powiedzieć chłopcu, że ona chce zjeżdżać. Kiedy narysowała coś, nie tak jak chciała, na obrazku, powstrzymywałam się by biec z korektorem, drugą kartką etc.

Zamiast tego staram się pytać: „I co teraz zrobisz?”, „A jakbyś chciała?”, „To jaki masz pomysł, by było tak, jak chcesz?”. Ewentualnie, w tych kilku procentach przypadków pytam „Czy chcesz, żebym Ci pomogła?”, „Czy chcesz usłyszeć jaki ja mam pomysł?”. Tylko, że to się raczej nie zdarza. Raz się zdarzyło, że Jagna, jak coś jej się nie udało, powiedziała: „To jest głupie i nie, nie mam pomysłu, co zrobić”.

Wyższa szkoła jazdy to czekanie w ciszy, aż dziecko/dzieci wymyślą rozwiązanie i nie wcinanie się ze swoimi pomysłami. Jeszcze wyższa to nie komentowanie pomysłów, że się nie uda, że tak nie można, że może lepiej by…

#3 Odpuszczam sobie

Nie muszę zawsze wiedzieć, co zrobić, co należy teraz powiedzieć, żeby było „porozumieniowo”, według zasad mini-mediacji, empatycznie. Staram się nie zastanawiać się obsesyjnie, czy to, co mówię, dba na pewno o jej kreatywność, autonomię, poczucie bezpieczeństwa, bliskość, samodzielność, rozwój, przynależność…

Jednym słowem, staram się być z dzieckiem, zamiast myśleć o dziecku. Moja przyjaciółka, mama trójki, mówi: „Dzieci mają być w centrum życia, nie w centrum uwagi”.

Dlatego na pierwszym miejscu stawiam na autentyczność: „Ja też nie wiem, co zrobić i jestem tak zdenerwowana, że chcę iść do sypialni na 5 minut się uspokoić, proszę, nie idź za mną”. Wiem, czego potrzebuję i o tym jasno komunikuję. Nie mówię dziecku, że ma przestać – mówię szczerze co czuję.

W ten sposób dbam o jej przyszłość, bo jeśli nie będę wyrozumiała wobec samej siebie, to na nią nawrzeszczę, a w stanie wysokiego ciśnienia na pewno nie znajdziemy rozwiązania, bo nie mamy dostępu do części naszych mózgów odpowiedzialnych za podejmowanie logicznych decyzji.

O warsztatach

Zapraszam na warsztaty z mini-mediacji dla nauczycieli, trenerów, wychowawców, rodziców, dziadków, baby-sitterów, niań… Zależy mi, by wyposażyć dorosłych w takie narzędzia, dzięki którym będą mogli transformować sytuacje konfliktowe we współpracę, a kontakt między rozmówcami budować na zrozumieniu, zaufaniu i szacunku, mimo różnic zdań czy wieku.

Warsztaty są oparte na filozofii „Porozumienie bez Przemocy” Marshalla Rosenberga. Moja praca opiera się na tym światopoglądzie.

Informacje o warsztatach: http://www.grl.zone/mediacje

retro

Katarzyna Dworaczyk jest certyfikowaną mediatorką i zawodową trenerką. Ukończyła Akademię Trenerów Wyższej Szkoły Psychologii Społecznej w Warszawie. Obecnie prowadzi kursy mini-mediacji dla szkół i przedszkoli w całej Polsce.
Jest też autorką i ilustratorką. W 2016 roku wydała ilustrowaną książkę „Wszystko, co jest teraz, zaczęło się tam”. Aktualnie pracuje nad nową książką „Portret pamięciowy kobiet”.
Więcej informacji o autorce i jej projektach znajdziecie na: http://grl.zone